Kanały:
Wpisy
Komentarze

Strange kind of women.

Zostałam chytrym podstępem zmuszona przez osobnika, który nadużywa rządów totalitarnych, do napisania czegoś, z czego można by się pośmiać. Dzisiejszego dnia tematem rozważań były zarówno [i]whores[/i] jak i wpadki. Te tematy sprowadziły nas na stronę szatana i dotknęłyśmy zapewne dna piekieł, a moja pewna część ciała została wręcz “starta” z nawierzchnią wyższej rangi, jaką jest polski, roztapiający się pod wpływem piekielnego upału asfalt naznaczony częstymi wybrzuszeniami. Był to zaszczyt nie do opisania, zwłaszcza, że dostąpiłam go dwukrotnie podczas tego samego kwadransu.
Wypadałoby pozdrowić dwóch zacnych dżentelmenów z ramą między nogami, coby utrzymać poziom ego i z kaskiem na głowie, aby zapobiegliwie chronić mózg (na wszelki wypadek jakby jednak coś tam było).
Następnie chciałabym uświadomić ludzi w żółtym autobusie, że klimatyzacja owszem istnieje w autobusach i, że owszem otwieranie okien wtedy jest bezsensu, jednak ISTNIENIE klimatyzacji, nie musi świadczyć o jej włączeniu, a co więcej działaniu. Dlatego uprasza się o otwieranie ‘lufcików’ (słowo okno, w tym wypadku byłoby zbyt wielkim uhonorowaniem), bo nie każdy ma ochotę korzystać z darmowej sauny. Chyba, że mamy jakąś charytatywną akcję przeciwdziałania otyłości, której głównym hasłem jest ‘wdychanie nieprzyjemnych zapachów od wietrzących się ludzi, zapobiega odkładaniu się tłuszczu w miejscach strategicznych’.
Kolejną kwestią są naćpane panie sprzedawczynie, które chyba nie potrafią odczytywać cyferek, a więc uświadamiamy, że 2 to dwa i nie oznacza ani 1, ani jeden. Po prostu dwa. I do tego wszystko powiedziane z głosem na kacu, który świadczy jedynie o poziomie mózgu we krwi.
Bloody Night, każdemu życzę ;)

These Are The Days of Our Lives

Czas. Zjawisko ciekawe, a zarazem niepokojące. Dzięki niemu wszystko jest prostsze, zarazem będąc trudniejszym i powodując, że zauważamy jego upływ, patrząc w lustro.
Za każdym razem, gdy patrzę, mam ochotę zobaczyć w swoim odbiciu pewne podobieństwo do siebie kiedyś. Nie ma – nie widzę.
Przez czas żyjemy wspomnieniami. Nasz piątek. Piątek, który był dwa dni temu jest już prawie, że wyblakłym wspomnieniem zapisanym, gdzieś, w którejś z szufladek. Dlatego człowiek stworzył fotografię.
Dlatego kochamy fotografować każdą środową i piątkową chwilę, żeby utrzymać to w sobie jak najdłużej. I tak jak mówimy w przód – kiedyś siądziemy, wyciągniemy wielkie pudło zdjęć i dopiero wtedy wspomnienia się rozjaśnią. Będziemy wiedziały co wtedy było, śmiały się z tego, jak kiedyś wyobrażałyśmy sobie życie.
Jesteśmy beznadziejnie sentymentalni, wszyscy! Beznadziejnie. Non stop patrzymy w przeszłość. Dlaczego? Czy nie możemy patrzeć w przyszłość? Czy to dlatego, że tamto się już zdążyło? Mieliśmy pewność, że było dobrze… A co będzie w przyszłości? Nie wiemy? Nie chcemy wiedzieć. Nie możemy… Nie lubimy…
Odpowiedzi jest wiele. Żadna z nich nie pasuje. Nie i koniec. Po prostu tacy już jesteśmy.

Siedzę nad Excelem i mam już dość tych wszystkich tabeleczek i innych, ale trzeba, co byśmy nie wrócili do programowania szybciej niż za rok. To będzie bardzo długi i przyjemny rok bez C++. Koniec, tak długo wyczekiwany.

I wróciłam do pisania. Co prawda ciężki temat sobie wybrałam, ale może będą efekty, proszę trzymać kciuki bardzo, bardzo mocno. Ewi, purchawko! <3
Szkoła mnie męczy. Bardzo, bardzo. Coś czuję, że wyniki badań będą złe. Ale nie ma czasu ich odebrać, trzeba Elę wysłać.

Uwielbiamy latte z bitą i murzyńskim/orzechowomiodowym/jabłkowocynamonowym muffinem w coffeeheaven.

The devil is friend of mine.

Książki. Mój ojciec zwykł mówić, kiedy jeszcze nie byłam do nich przekonana, że są najlepszą rzeczą jaką człowiek wymyślił, zaraz po muzyce. Może te stare, pisane z pasji, stawiane ponad życie, napełnione były moralizatorstwem, posiadały jakiś cel, przedstawiały struktury wartości i było w tym jakieś sedno. Budziły emocje, lęki, obawy i wiele innych uczuć. Przedstawiały charakter świata, dzięki nim możemy opisywać, cechować, wyobrażać sobie dawne czasy, bo one przedstawiają nam tamten świat, pokazują prawdziwe życie, prawdziwych ludzi.
Bo w dzisiejszym świecie wszystko krąży w okół biznesu. Chcemy go ubić na wszystkim i już nawet książki znalazły się w owym kręgu. I wcale nie ma się co dziwić, że książka jest przewidywalna. W końcu tak zwani książkowi biznesmeni mają ściśle określone zasady, będące przepisem na dobrze sprzedającą się książkę, która wyprowadzi ich na wyżyny, a później na szczyty kariery zawodowej, a może i nawet powstanie na podstawie tej opowieści jakiś równie ekscytujący film za który również posypią się ‘zielone dolary’ ? Nigdy nie wiadomo.
Takich autorów jest bardzo dużo. Półki w księgarniach wypełnione są lekkimi książkami, dobrymi do odpoczynku, nie wnoszącymi do naszego życia zupełnie niczego, a tym samym, mogącymi nazywać się pożeraczami czasu, albo też podszywającymi się książkami.
Przekazują nam historię, którą chcemy zobaczyć, utwierdzają nas w kłamstwach w które chcemy twardo wierzyć, bo boimy się prawdy. Nie uczą nas jak żyć, ale jak stracić życie błądząc w marzeniach, nie mogąc zaakceptować rzeczywistości.
Prawda choć brutalna czasem jest najbezpieczniejszym rozwiązaniem.

Muzycznie:



Touch too much.

Obiecałyśmy sobie, że będziemy pisać częściej, a ponieważ w takie dni jak dzisiejszy i noc z wczoraj na dzisiaj(która spowodowała, że całkowicie zamarzłam nawet zaczynam podejrzewać, że dlatego mój mózg jest dzisiaj taki ospały, że nawet nie chciało mu się wyjść pożądnie z łóżka) nie ma za bardzo co robić, więc napiszemy kilka rzeczy. Po pierwsze zaczynam wymiękać. Obiecywałam sobie, że w końcu się za siebie wezmę, bo po co męczyć się w tej cholernej szkole, żeby potem nie być z siebie zadowolonym ble ble ble, marnowanie życia czasu i wszystkiego. I muszę wam powiedzieć, że trwałam w przekonaniu, że w tym roku będzie łatwiej, do przed ostatniej czwartkowej lekcji którą była informatyka i dopóki nie dowiedziałam się, że w tej czwartek będzie sprawdzian z poprzedniego roku. Idealnie. Mam ochotę porządnie zachorować, co być może wcale nie będzie takie trudne, ponieważ czuję się okropnie.To przez to wczorajsze siedzenie na schodach w mrozie, bo przecież było gorąco!

Dostałam dofinansowanie dzięki czemu będzie można jutro wywołać w końcu czarno-biały film z naszymi cudownymi zdjęciami z przed roku. Wypadałoby coś w końcu zrobić z tym albumem i założyć wspólnego bloga ze zdjęciami, co by było śmieszniej.

Film “Autor Widmo” leży sobie na mojej szafce i mam zamiar go jeszcze dzisiaj obejrzeć, oczywiście recenzję się tutaj później wklei się tutaj jakąś recenzję czy choćby krótką ocenę bla bla bla.
Przez powoli zaczynający się remont jestem nieosiągalna, gdyż jedynym bezpiecznym miejscem w moim mieszkaniu jest moje łóżko i przestrzeń pod nim. Reszta jest pokryta gigantyczną ilością foli, nie mówiąc już o latających w powietrzu pyłkach tynku i innych dziadostwach. Zapach farby sprawia, że czuję się jak na wiosnę, najwidoczniej mam skrytą alergię na nią, albo na ojca.

Co więcej przestałam prawie jeść i nadal twierdzę, że nie ma efektów, może w moim przypadku trzeba się głodzić? Nie popadajmy w paranoję, może nie jest mi pisane to 65 cm w talii. Ble ble ble. Szarość świata mnie zabija. Mam ochotę na kawę w starbucks i na wiedniowych ludzi, którzy mówią Ci dzień dobry i zaczepiają na ulicy po to by się spytać, czy nie może czasami iść z nami pod parasolem, ale niestety ikea przeznaczyła go tylko dla dwóch osób. I wrócić do naszego automatu z biletami, tylko po to, by porobić znowu głupie miny!

Czuję zapach gorącej czekolady i brzuszek stał się smutny. Eh, idę wziąć sobie gruszkową herbatkę, odkładam “Gry w klasy”, które czytam już chyba setny raz i zabieram się za przypominanie sobie jak się programuje w C++.

Heil.

Ostatni dzień wolności.

Masło. Parówka z serem. Czyli potencjalna parówka z serem na maśle. Jest to wstęp do rozważań na temat kretynizmu ludzi, którzy ciągną swoje skurwysyńskie życie, biorąc, a zarazem nie, odpowiedzialność za swoje cholerne czyny. Czy oni sobie do cholery myślą, że cały świat kręci się wokół nich? Rozumiem, można być skurwysynem. Ok, to jest do usprawiedliwienia,można to zrozumieć i da się z tym żyć, naprawdę! Ludzie są klamkami, parapetami i innymi, ale MASŁEM? Wybaczcie, ale gdy ktoś sam mówi o sobie, że jednak skurwysynem nie jest to ewidentnie ma świadomość tego, że jest z nim coś nie w porządku.
W każdym bądź razie, obserwując osoby, które były przez ów masło oceniane, dochodzę do wniosku, że niczym się od nich nie różni, wręcz można by powiedzieć, że swoim zachowaniem przypomina roztapiające się masło. Bezbronne i dziecinne w swojej egzystencji. I nie pomoże pieprzenie bajeczek o epoce pokemonów czy innego debilstwa, które staje się modne i rządzi światem. Cóż, nie był pierwszym i ostatnim na pewno też nie, znając mój tryb życia. Chociaż przyczyniło się to wszystko do lekkiej awersji z mojej strony dla naszych kochanych pierożków na maśle. Ludzie nie umieją razem żyć. Być może kiedyś taka była ich natura, teraz jest to jednak coś wbrew ich naturze. Robimy sobie nawzajem krzywdę i nie potrafimy zrozumieć własnych potrzeb, a do tego wszystkiego potrafimy się bawić sobą nawzajem; grać na uczuciach, obcinać nadzieję, a nawet doprowadzać do załamań psychicznych. Umiem zrozumieć wiele, a najlepiej gdy ktoś mówi mi coś prosto w twarz, bez pośrednictwa osób trzecich, monitora czy spostrzegawczości moich oczu, wystarcza jedno zdanie, by nie stracić szacunku w oczach innych. Pluję na te wszystkie zakłamania i inne sprawy. Umiałam się tym nie przejmować, ale mój bezkonfliktowy charakter potrafi zmienić się w prawdziwe rude piekło. Burze z piorunami i latającym szkłem zamiast gradu.

Klasa jest gatunkiem na wyginięciu u każdego z nas. U mnie zginęła już bardzo dawno. Nie mam jej we mnie w ogóle, a do tego wszystkiego każde moje słowo ocieka wszechobecnym sarkazmem, nie mówiąc już, że wiadro dawno już zardzewiało i jest mściwe.

Jeśli jesteśmy już przy temacie ludzkiej naiwności, którą oczywiście reprezentuje moja jakże skromna osoba, to trzeba opowiedzieć o spotkaniu z batonami marki “ciotto”, które wielokrotnie zostały wielmożną ciotellą, aż w końcu okazało się, że ich rodzimą nazwą jest giotto, nawet nutella nie może równać się ze zmodernizowaną przez Ewi nazwą “fiutello”.

Pogoda wystawia się do nas dupą. Bezczelnie i dobitnie oblewa nas hektolitrami zimnej, brudnej wody, która jest wszędzie! Żebyśmy jeszcze mieli proste chodniki.Jednak na takiej wsi jak Prądnik Czerwony proste chodniki to luksus na który nie każdy może sobie pozwolić, chyba, że przepłaci krzywiznę wybitymi zębami i jest  to koniecznością. Dlatego właśnie wróciłyśmy, dosłownie kwadrans temu, z trampkami napełnionym wodą co przecież jest już tradycją.

Wpierniczamy Bake Rollsy, pijemy malinową herbatkę i patrzymy na zafajdany, szary świat.
Dziękuję, dobranoc, możesz iść walić się patelnią w łeb^^.
Do nie-usłyszenia i  do nie-zobaczenia ;]

Dream on.

Najpiękniejszy tydzień zaliczony. Z podziękowaniami dla tych, którzy się do tego przyczynili.

Wakacje minęły szybciej niż wszyscy przypuszczaliśmy, chociaż i tak każdy z nas wiedział, że tak będzie. I muszę powiedzieć, że się stęskniłam za niektórymi osobami, a ten rok zapowiada się bardzo kusząco jeśli chodzi o wieczorne plany. Ponownie stwierdzam, że mam ochotę zostawić wszystko  w cholerę i wyjechać gdzieś daleko, ale gdy przyjdzie co do czego to i tak nie będę mogła się od tego uwolnić.

Wrzesień będzie w dalszym ciągu luźny, a później trzeba się będzie wziąć do pracy, żeby jakoś to było. Marzy nam się ciepła jesień taka jak w zeszłym roku albo i piękniejsza. I znowu uzbieramy mega wielką torbę kasztanów, zawieziemy tam gdzie trzeba i pójdziemy na gorącą czekoladę.
Jakie to dziwne gdy nagle dowiadujesz się, że ktoś kogo znasz strasznie długo jest sławny.

Co do mnie samej, to poważnie zastanawiam się nad zmianą wizerunku. Hm, krótkie włosy, karmelowa farba. Polubiłam siebie i na nowo mam siebie dosyć.

Trzeba trochę odpocząć od Wiednia. I w przyszłym roku wielkie plany co do Hiszpanii i muszą wypalić ^^!

Poważnie przedawkowałam Scorpionsów. A wszystko przez cholernego iPoda, który się rozładował. I trzeba było ratować się płytami. Ale dzięki temu znalazłam kilka nowych piosenek, które dostały się na miejsce honorowe.

Cieszą mnie jednak pierwsze lepsze zmiany. I cały czas ten uśmiech.

Jakież to nieprawdopodobne jak wiele może się zmienić wciągu niepełnego miesiąca.  Pamiętając jeszcze przyrzeczenia, że już nigdy, okazuje się, że jeszcze wciąż ma się ochotę wracać i popełniać na nowo inne błędy, nie zapominając jednak o poprzednich. Zatracając się w chwilę, osnutą mgłą wspomnień, marząc i chcąc aby wszystko przemijało, zostawiając ulotne, wartościowe doświadczenia i wnioski.

Maj, czerwiec i lipiec mamy już za sobą. Nieprawdopodobne, bo przecież dopiero mroźna zima dawała nam się we znaki i jeździłyśmy na łyżwach jak dwa pokraczne stworki. Dopiero co był teatr i wszelkie drabiny z nim związane.

A teraz? Zostało niewiele czasu. Na wszystko. Tiktaktiktaktiktak. Trzeba się ustatkować, znaleźć swoje miejsce, a ja wciąż nie potrafię. Bo chociaż wiem czego chcę, to patrzę jeszcze czego pragną dla mnie inni. Słucham serca, słucham rozsądku i stoję pomiędzy nimi nie potrafiąc ruszyć się w żadną stronę, bo chciałabym mieć to i to.

Pieniądze są wynalazkiem mądrego idioty, wytworem, który wyzwala w ludziach najgorsze emocje, który powoduje, że jesteśmy w stanie zakopać głęboko w ziemię jakiekolwiek wartości moralne. Wszystko to jest jednak do usprawiedliwienia, choć tak bardzo nie chce się tego robić. Przecież wystarczyłoby krzyknąć: Ludzie są bezwzględni! Okrutni! Niszczą samych siebie! A tak naprawdę przecież o to chodzi. Walczymy o przetrwanie, a zasady tej gry nie znają fair play.

Jakby tak zliczyć dni spędzone w samotności to byłoby ich znacznie dużo więcej niż w zeszłym roku, ale udaję, że mi to nie przeszkadza. Wypada się dzielić. Może i mną niedługo trzeba się będzie dzielić. A wtedy wszystko może okazać się jednym wielkim koszmarem.

Chyba się boję zaangażowania. W cokolwiek. Zaczynając na relacjach międzyludzkich, kończąc na wszelakich projektach. To znaczy, nie chodzi o pierwszy krok. Bardziej o to, że nie jestem w stanie odczytać co kto o mnie myśli, do czego to wszystko prowadzi i czy coś z tego będzie.

Byłoby zdecydowanie łatwiej. Mniej połamanych serc, zranionych uczuć, czegokolwiek. Sama boję się ranić, bo wiem, że jestem do tego zdolna, że już nie raz kogoś zraniłam, że zrobiłam to słowami, a potem pogłębiłam czynem.

Przecież każdy z nas szuka szczęścia. Dlaczego więc spotykamy na drodze ludzi, którzy pragną go z kimś innym?

Mam tak dużo pytań, a i tak wiem, że nie dostanę na nie odpowiedzi. Mam tak dużo wątpliwości, a wiem, że nic ich nie rozwieje.

Jest tylko jedna rada: Brnąć w to dalej. Zawsze gdzieś znajdzie się koniec tego wszystkiego, a czy będzie szczęśliwy czy też nie, to już zależy od nas. Zależy od tego, czy będzie to nasza ścieżka. A jeśli nie? To po omacku w drugą stronę ;-)

I nie pytajcie skąd taka szaleńcza dawka optymizmu, są wakacje, ludzie nie patrzą co robią, jest strasznie gorąco, od czego boli głowa. I niektórzy potrafią nas zaskakiwać, na przykład niespodziewanym urlopem.

„Cierpienia młodego Wertera” kłapią niebezpiecznie okładką. Nie mam siły czytać czegoś, co spowodowało, że ludzie popełniali samobójstwa.

Po za tym, nie lubię gdy ktoś mi coś narzuca. Jeszcze tylko trzeba będzie przyzwyczaić się, że za miesiąc czeka nas „obóz pracy” zwany szkołą.

I kolejny rok minie tak szybko. Oby minął w dużo lepszym samopoczuciu. Być może nareszcie z ustabilizowaną sytuacją.

Trzymam kciuki sama nie wiem za co.

25.07.2010

Po dłuższym zastanowieniu dochodzę do prostego wniosku: Chciałabym, aby to jedno mi w życiu wyszło. Nie musi być na zawsze, chcę żeby było teraz. Dzisiejszego dnia tonęłam w pojęciach wszelako gospodarczych. W zasadzie wizja przyszłości napawa mnie szerokim uśmiechem. Bo przecież kimkolwiek będę i gdziekolwiek oraz cokolwiek postanowię zawsze będą przy mnie przyjaciele.

Uwielbiam zapach waniliowych świeczek. Szczególnie tych, które stoją na parapecie, palą się jasnym, przyjemnym płomieniem. I pomyśleć, że uwielbiam zmiany, choć tak dużo ludzi ich nienawidzi.

Mam ochotę na ten seledynowy sufit, na łóżko o zimnych ramach, stertę przyjemnych poduszek i masę rzeczy wepchniętych pod „spód”. Ten pokój dalej nie pachnie mną tak jak powinien.

Podróż minęła bez większych rewelacji. Nos miałam przyklejony do szyby, a iPod towarzyszył mi jak zawsze z wiernym kompanem książką. Trzy godziny wlokły się niesłychanie. Zdecydowanie wolę podróżować samochodem, na przednim siedzeniu, dyktując muzykę, jadąc z otwartymi oknami, wiatrem we włosach, nogami prawie że na szybie.

Nass machen.

Nie pisałam tutaj miesiące. Teraz powinnam napisać gadkę – szmatkę o tym jak czas szybko leci i jak się starzejemy blah blah blah. Od stycznia dużo się zmieniło, albo prawie wcale nic. Zależy jak na to patrzeć. Jeśli chodzi o pogodę to przynosi jedynie głębokie rozczarowanie. Choć dzisiaj przyniosła adrenalinę, krzyk, strach, pioruny, grad i zmoczyła nam dupy.

Tak wyglądałyśmy, kiedy jeszcze nie wiedziałyśmy co nas czeka. Co tam, że troszkę grzmiało, gdzieś. Przecież było z 30 stopni i nikt nie pomyślałby, że mogłoby TAK padać. Także trasa Kraków – Bielany wydawała się doskonała. Było to coś koło 4 km, bo przecież 25 minut na kopiec to za mało jak na nas.  No, a potem gdzieś centralnie w połowie zaczęło lać tak, że świata nie było widać. Błoto zaczęło spływać nam po trampkach, swetry wyglądały jak szmaty do podłogi.

Maj był zły. Zawiódł, choć tak bardzo był oczekiwany. Jeszcze tylko jutro i maja już nie będzie. I całe szczęście. Mimo złej pogody udało się zrobić kilka sesji zdjęciowych.

Be italian.

Czasami zastanawiam się kim ja właściwie jestem… Bo przecież wcale nie mam głosu i nie mogę mówić, że coś mnie denerwuje, że czegoś nie cierpię.

Będzie tylko gorzej. Każdego dnia. Samotnie wśród czterech ścian. A potem patrzysz i jest tak jak być nie powinno. Trójkąty się nigdy nie udają.

Nawet jeśli się bardzo starasz. Wiem, bo już kiedyś w czymś takim byłam. We trzy próbowałyśmy budować wielką przyjaźń. Zazwyczaj to mi coś przeszkadza, bo ja tracę, bo ja zawsze usuwam się w kąt, żeby innym było wygodniej niż mnie. Bo ja jestem tylko sobą, a inni to inni. I cokolwiek by się nie działo ja będę sobą, a inni będą innymi.

Chyba mi tak dobrze, bo nie mogę powiedzieć, że wygodnie, ale się przyzwyczaiłam przez całe życie. I teraz czekam na słońce, żeby pozwoliło się uśmiechać.
Zakochałam się w musicalach. One są takie… inne niż wszystko i wydaje mi się, że ja też jestem inna.

Perfekcyjnie – nieperfekcyjnie. Na samym początku proszę drogiego Mikołaja, jeśli i czy w ogóle istnieje,  o przedłużenie doby w miarę możliwości o dziesięć godzin.

I obiecuję, że z nowym rokiem wejdę w lepsze życie. Dam radę. Niech tylko odejdą złe wiatry, wiejące w plecy…

Koniec, kropka, wykrzyknik, pytajnik.

Dziękuję?

Starsze pozycje »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.